Zapomniałeś hasło? | Rejestracja

Interesuje mnie:

Aktualności

Z powrotemWróć na listę

12.11.2010: Krakowska Bażantówka 2010 - oczami bażanta

W czwartek, 28 października 2010 roku, odbyła się w Krakowie tradycyjna Bażantówka cool

Tym razem krakowscy studenci V roku (ubrani na czarno) załatwili dla swych nowych, młodych, na biało poubieranych kolegów imprezę pod hasłem "KoloRado czyli kolorowo i radośnie". Tytuł ten mniej więcej tłumaczył nam, jak powinniśmy się ubrać, wielu pierwszoroczniaków zaczęło snuć swoje teorie spiskowe, dlaczego muszą (a raczej powinni według „regulaminu” rozsyłanego przez starego znajomego, facebooka oraz nowego znajomego, sajwebka) ubrać się na śnieżnobiało. Wiadomo przecież, że biel najłatwiej się brudzi i wszelkie ewentualne "grzeszki alkoholowe" bażantów byłyby widoczne jak na dłoni - taka przynajmniej hipoteza szerzyła się najczęściej pośród młodych Zaolziaków. Jako bażanci - a więc ci, dla których wszystko to było organizowane - przybyliśmy w większości punktualnie do lokalu o tajemniczejnazwie Face2Face skrytym w mrokach krakowskiej dzielnicy artystów i imprezowiczów (miszmasz Stodolní & Montmartre & Notting Hill & West End & Josefov - kolejność przypadkowa i sorry, jeśli ktoś z was ma co do tego odmienne zdanie),  czyli na Kazimierzu.

Siedzieliśmy przy stolikach w małym pomieszczeniu przylegającym do sali tanecznej zarezerwowanej specjalnie na naszą, czeską imprezę. Do tego niewielkiego pomieszczonka prowadził mały, niski i wąski otwór w murze kamienicy, nazwany przez nas mianem "świńskich wrót". Wielu z nas przekonało się, po co przekorni architekci (zapewne abstynenci) zaprojektowali takie dziwaczne przejściecheeky. Jednakże na początku imprezy nic nie zapowiadało nadchodzących wydarzeń, który wypłynęły na wierzch wraz z wybiciem późnych godzin nocnych… Jako pierwszoroczniacy, zostaliśmy honorowo powitani – złożyliśmy przysięgę, wypiliśmy kieliszek czegoś kolorowego, zostaliśmy uroczyście pasowani warzechóm w kształcie koła zębatego na krakowskich studenciaków. Nie brakło też zadań specjalnych – musieliśmy przygotować zjadalne kanapki przy pomocy tępego noża, chleba, trzech jajek na twardo, sera oraz cebuli; kanapki okazały się wyśmienite, nie licząc strony wizualnej; o czym świadczy szybkość, z jaką się one rozeszły po sali. Inni mieli za zadanie napisać podanie o przedłużenie sesji oraz egzaminu. Ostatnią dyscypliną było rozpoznawanie krakowskich zabytków z czarno-białych obrazków. W nagrodę otrzymaliśmy gazetkę z rebusami i krzyżówkami dla 5-latków (niektórzy dostali dla 6-latków!). Potem impreza rozkręciła się na dobre, wszyscy tańczyli, skakali po balustradzie schodów (większość krakowskich pubów/clubów mieści się w piwnicach starych kamienic, co tylko wzmaga efekt odłączenia od reszty świata). Rozmawialiśmy, piliśmy piwo Okocim, które w tym barze było trochę lepsze niż w Vinyl Music Clubie na ulicy Batorego 1a, gdzie przed miesiącem odbyła się impreza przedbażantówkowa, bo choć w Vinylu mają wypasiony sufit pokryty oldschoolowymi płytami winylowymi oraz oferują 1-złotową zniżkę na piwo dla stałych klientów, lecz po ich piwie na języku zostaje posmak czystej, źródlanej wody (potwierdzone przez chłopaka, znawcę piwa, żeby było antyfeministycznie (!)), a to zapewne nie jest szczyt marzeń co bardziej wybrednego fana gorzkiego chmielu. Na Kazimierzu było lepiej i po paru godzinach nikt nie narzekał na polskie piwo, przeciwnie, lało się strumieniami, i  to jak najbardziej dosłownie, podłoga lśniła się okocimami i szkłem z kuflów (niektórzy poczuli owo szkło na własnej skórze… ), gdyż beztroscy tancerze tak bardzo nie potrafili się oderwać od polskich (!) trunków, że kładli je na kaloryfery, które przekorni architekci wnętrz (znowu oni) wstawili do sali tanecznej; kto wie, czy właśnie nie w celu dodatkowego stolika? W każdym razie wielu tancerzy w przerwach pomiędzy wyginaniem ciała łykało swój ulubiony napój, w Polsce 6- procentowy, nie lada gratka nawet dla tych, co mają mocne głowy. Niestety, jak to w tańcu bywa, kończyny lecą na boki i – omamione – zaczepiają o wiele innych rzeczy, w  tym o piwa stojące na kaloryferach. Teraz już wiecie, jak to się stało, że do tańca przygrywała nam nie tylko gorąca muzyka, ale także brzęk tłuczonego szkła, bodajże pięciokrotnie, jeśli mnie zmysły i pamięć nie mylą.

Było dużo śmiechu,  w pewnym momencie utworzyliśmy na sali koło i śpiewaliśmy piosynki ponaszymu, chwila ta nie była pozbawiona jakiegoś takiego ogromnego piękna chwytającego za serca, teraz tym bardziej urasta ona do rangi ideału, kiedy słyszymy o „krwawiącym gimplu” i o zmniejszeniu NASZEJ liczby. Chyba ktoś z urzędu wojewódzkiego w Ostrawie musiałby przybyć na jedną z takich imprez, by się przekonać, co to wszystko znaczy…

Trwało to wszystko do rana i jeśli kogoś tam nie było, niechaj żałuje! A oprócz studentów i absolwentów krakowskich uczelni na imprezie pojawili się także sympatycy krakowskiego SAJu oraz dosyć liczne grono Brnioków yes.

 Było niezmiernie miło i przyjaźnie, za co niniejszym organizatorom w imieniu krakowskich bażantów z całego serca dziękujemy ! heart

 

SAJ Kraków, Marta Bocek 11.11.2010 21:55

Komentarze:

Nick
Spam filterWpisz do pola numer sto dwadziescia trzy

Nie ma żadnych komentarzy