Zapomniałeś hasło? | Rejestracja

Interesuje mnie:

Aktualności

Z powrotemWróć na listę

09.05.2010: Wielkie żarcie Nowickiego : Kosmiczna mieszanka czesko-argentyńska

Wojciech Nowicki
( LINK )

Spod ziemi wysnuło się na zielono. Na Plantach ludność swoimi aparacikami, swoimi komóreczkami fotografuje to dziwne coś, co rośnie, takie nienaturalnie nieplastikowe i niecyfrowe. W powietrzu śpiewa i bzyczy. Alleluja.

Aż człowiek ma chęć dostosować się do tego wszystkiego, do tej atmosfery płodnej, aż się chce wytarzać w ziemi, w zieleni; aż się chce zbratać z kloszardami, którzy życzliwie plują pod nogi ze swej ławki. A jedyna rzecz, na jaką człowiek - to znaczy ten egzemplarz człowieka, który tu do was stuka na swojej przetartej klawiaturze - absolutnie ochoty nie ma, to jest jedzenie marne, te barowe breje, udawane przyjemności. Bo tak jest pozytywnie i wibrująco, że nie ma człowiek ochoty na krytyczną chłostę.

Pomogło szczęście. Zwykle zdradliwe, niepewne, wodzące na manowce; tym razem zabrało w niedługą podróż - w pół drogi między Starym Miastem a Kazimierzem. Tu, jak wiadomo powszechnie, jest no man's land, terrain vague, terra incognita i takie tam: obszar co prawda zamieszkały, ale bez zadęcia. Tu nie zachodzi turysta, bo nie ma po co - chyba żeby się wysikać nocą. Tu miejscowy się nie zawieruszy - chyba po to tylko, żeby przejść szybciutko, oszczędzając na taksówce. Konkretnie zaś rzuciło mnie na ulicę św. Sebastiana, nazwaną od imienia tego, co tak uroczo wygięty cierpi od strzał w niejednym kościele. Ulica, która straciła główny swój powab, urząd paszportowy, z jego wyjątkową wonią (oraz z moim prywatnym faworytem, zakładem fotograficznym; morda, która wychodziła na zdjęciu, nieodmiennie była mordą mordercy).

Kiedyś na tej ulicy znalazłem taki mały skarbik krakowski: dziwaczny pub w przyziemiu - niby niezbyt zachęcający, niby pubowaty i piwny, ale jednak z urokiem; a przede wszystkim obdarzony domową kuchnią. Nazywał się Pub Kuranty; w czasie przeszłym, bo już go nie ma. Użalał się nie będę, bo widać mu było pisane. Użalał się nie będę, bo na jego miejscu powstało - no, jak to nazwać inaczej? - intelektualne i doznaniowe monstrum, Frankenstein jakiś pozszywany z kawałków, pub i restauracja w jednym, mariaż kuchni argentyńskiej i czeskiej.

Zacznę od początku. To jest tak, jakby podawać kluski śląskie z truflami. Jakby serwować mieszankę kuchni mołdawskiej z francuską. To jest zbrodnia na ludzkości, mówił mi głos w głowie - a jednocześnie czytałem sobie tablicę wystawioną przed budynkiem i ślina lała się potokiem. I czeskiego chciałem, i - cóż pocznę - łaknąłem argentyńskiego. Pożądałem rzeczy oddalonych i chciałem bliskich. (Czy w każdym siedzi taki diabeł i na tak poważną wydaje go próbę?). Marzył mi się gulasz z knedlem i stek, jednocześnie. Cóż było robić: zaciągnąłem towarzystwo do piwnicy.

Już o niej kiedyś pisałem, za czasów poprzedniej knajpy. Zmieniło się, owszem, wiele, ale to nadal jest piwnica i też niezbyt wykwintna. Zwykła w sumie. Karta wyłącznie w językach obcych, trudniejsze słowa objaśnia kelnerka. Ja, niestety, nie słuchałem żadnych objaśnień, tylko rzuciłem się zamawiać utopenca. O utopencu będzie historia. Pojechaliśmy raz z kolegami do Czech; kiedy nas skręcił głód, wylądowaliśmy nad rzeką Sazavą (też było w okolicach majowego weekendu), w takim miejscowym gieesie. Wszyscy pijani byli, kelnerka pijana, pijane mamy karmiły wielką piersią pijane dzieci, tatusiowie leżeli w trawie. Jeden mój kolega, niegdyś mieszkaniec Pragi, począł nam objaśniać: "utopenec - mówił - to jest ser taki". I od razu go sobie na obiad zamówił. Po półgodzinie dostał zimną parówkę woniejącą octem, wzdłuż przeciętą i spiętą wykałaczką; w środku miała cebulę. Albowiem utopenec to jest parówka w octowej zalewie. W Czechach przysięgałem, że jej kijem nie tknę.

I oto ja w restauracji w Krakowie jak pies Pawłowa zamawiam utopenca i - wierzcie albo nie - on dobry jest, bo octowy, ale kremowy i delikatny; nie taki jak tamten znad Sazavy, to ohydne tłuszczowe świństwo o muchobójczym odorze. Do tego zupa czosnkowa (znacie to uczucie, kiedy pożeracie swoje i znad talerza gapicie się w talerz sąsiada?) roztaczała obok swoje feromony: boska czosnkowa, o wyraźnym aromacie. Z wielką kulą sera na spodzie. Z szynką. Z grzaneczkami. Zupa wykwintna inaczej, po czesku, ale diablo dobra i syta do bólu.

Żeby zrównoważyć, zamówiłem bife a la plancha, klasykę argentyńskiej kuchni: befsztyczek (zamówiłem krwisty, dostałem krwisty), tu podany z purée ziemniaczano-marchewkowym i czerwono-zieloną salsą. Danie wesołe, zrównoważone, a smaczne... Cholernie smaczne (a do tego, wstyd powiedzieć, kosztuje 36 złotych; to najdroższe danie w restauracji. Sami wiecie, wołowina z Argentyny zwykle kosztuje góry złota). A znad mięsa gapiłem się z pożądaniem w talerz obok: seged~nský guláš z knedlikami. To niby takie arcyczeskie danie (i słowackie), wieprzowina duszona z kiszoną kapustą i papryką; ale tu, w krakowskiej piwnicy, efekt był lepszy niż w Czechach; gulasz ostrzejszy, wyrazistszy.

Z chytrości, z nienażarcia poszedłem znów po paru dniach. I znów było jak za pierwszym razem, czyli dzika mieszanka nieprzystających kultur. Hermelin - pleśniowy ser marynowany w oleju z czosnkiem i ziołami: pyszny. Empanadas, pieczone pierożki z wołowiną, i drugie, niezwykłej delikatności, z kukurydzą; dla empanadas z kukurydzą powinni tu pielgrzymować wegetarianie. Wiem, że dziwnie to brzmi, ale uwierzcie na słowo. Inny klasyk czeski: vep o knedlo zelo, czyli pieczeń wieprzowa - tu podrasowana, bo podgrillowana chwileczkę, soczysta, z knedlikiem i z kapustą; a dobra była ta kapusta, jak bigos najlepszy. To była kapusta kompletna.

Sadystycznie dodam, że mają czeskie piwo. Że szykują ogródek od ulicy, gdzie można się obżerać do woli i pławić w zieleni. Że się czuję zachwycony, bo tę knajpę dla was znalazłem, Że jutro tam pójdę, zanim wy przyjdziecie. Że jest niedrogo i w miejscu jeszcze nieodkrytym. Że na waszym miejscu, kochani obojga płci, już bym się tam wybierał.

Diego i Bohumil, czesko-argentyński resto-pub, ul. św. Sebastiana 6

Dwie osoby za obiad zapłaciły 79 zł - ale to był obiad próbny, więc bardzo przesadny. Może być dużo taniej.

SAJ Kraków, Marian Branny 09.05.2010 21:56

Komentarze:

Nick
Spam filterWpisz do pola numer sto dwadziescia trzy

Nie ma żadnych komentarzy